wtorek, 9 lutego 2010

Muza

Muzy mi brakuje... szukałam wszędzie, poszła sobie gdzieś, gdzie? nie wiem. Wołałam, pukałam, stukałam... Głucho. Sprawdzałam pod łóżkiem i poduszką... w szafie, w łazience...
Muza mnie zdradziła pewnie... a była mi wierną jak duma i przeczucie... Teraz klapa!

Odeszła do innego...człowieka poczciwego, beznamiętnej duszy, organowej suszy...

poniedziałek, 8 lutego 2010

Lokal 48

... wysiadłam z tramwaju, nie znałam tej ulicy wcześniej, czuję się jakbym pierwszy raz przyjechała do miasta. "Wrócę za godzinę, wstaw ziemniaki na obiad do mojego powrotu" - mówiła do telefonu kobieta przechodząca obok. Skręciłam w prawo, wśród bloków z "płyty" miałam znaleźć stary komunistyczny pawilon. Za nim jeszcze kilka metrów prosto...i drugi taki sam.
Mijam staruszkę w okularach i jej psa, potem małolaty - "Hej, widziałaś szpicfrajerki Boba? Nooo, a miecze u dyry? masakra, aż walnęła karpia jak jej dogadałam..."- nic nie zrozumiałam, idę dalej. 
Swoją drogą trzeba by kiedyś spisać te rozmowy uliczne... wyrwane z kontekstu zdania, strzępki rozmów telefonicznych, narzekania Polaków marznących na przystankach lub kolejkowy koncert życzeń...
Znalazłam adres, szukam wejścia. "Przepraszam szukam lokalu 48" - " Tak, to tu, na pierwszym piętrze po prawej" - odpowiedziała kobieta z wielką torbą na zakupy, łudząco podobna do mojej nauczycielki z liceum. Ciemny korytarz nie zachęcał do wejścia, na dodatek ten spalony zapach tuszu wydobywający się z pobliskiego punktu ksero... na drzwiach był napis: "Zaraz wracam" i telefon. Żadnego "przepraszam" ani godziny powrotu. "No pięknie" - pomyślałam - "tłukę się przez całe miasto a tu żadnego szacunku dla mojego straconego czasu, jaki ten budynek taka i mentalność..." - klnę w duchu. Dzwonię. Brak odpowiedzi. Ponawiam połączenia. Nic. Czekałam tak piętnaście minut. "O nie! tak się bawić nie będziemy"- powiedziałam na głos. Wyciągnęłam w pośpiechu mój notes, szukam wolnej kartki. Znalazłam jakieś paragony. "O ten się nada!" - paragon z zakupów na sporą sumę.
Napisałam na odwrocie:  BYŁ TU KLIENT. JUŻ NIE WRÓCI. MIŁEGO DNIA. 
Przypięłam do tej na drzwiach...A niech ma...

niedziela, 7 lutego 2010

u'pożarowana noc

Godzina 00:15.  Zmęczona czytaniem uniosłam powieki i spojrzałam przez okno....
Lubię czasem obserwować jak zapalają się i gasną światła w oknach bloków na przeciwko... czasem liczę je przed snem... zamiast baranów, których policzyć do końca świata nie zdołam...
Naglę zauważyłam łunę światła skierowaną na jeden z 10-piętrowców. " Znowu kręcą film" pomyślałam. Na ulicy kilka migających na niebiesko świateł, dźwięki syren ( ale przecież to we Wrocławiu norma )
W tej samej chwili mój wzrok przykuł blask płomieni. "Chyba to dziewiąte piętro"- myślę. Pożar!
Mnóstwo dymu, płomieni, wszystko tak widoczne na tle białych dachów.
... mam nadzieję, że nikomu nic się nie stało...jutro przeczytam o tym w gazetach...

Na koniec...
Policz: ile jest okien w każdym rzędzie, w ilu jest zgaszone światło?
Bez podglądania!  Za to grozi do 3 lat pozbawiania wolności :)

sobota, 6 lutego 2010

Imiennik

...nie napisze Twojego imienia, bo co zapisane zostaje w pamięci na dłużej
nie powiem nic o Tobie, bo to by Cię zdradziło... ale dam Ci IMIĘ...

napiszę więc od siebie... że coś się zdarzyło... że coś się stało...
że IMIĘ mi się śniło...
i powiem to w sekrecie, choć sekretem nie będzie...
nie wiem co z  IMIENIEM będzie.

moje do imienia pewnie nie pasuje, za krótkie, za długie...
ale lubię to IMIĘ za jego głos imienny, za myśli twórcze

spójrz w kalendarz, IMIENIA nie znajdziesz...

bo samo to imię jest niebanalne

niedziela, 31 stycznia 2010

OTOoni

kWIkowałam... :)

LITI był świetny... nahelowany chłopak o stu pomysłach na minutę, chodzący po kauczukowym dywaniku dabza, spowiadający się ostatni raz trzy miesiące temu i znawca paszoznawstwa.
Hania... koordynatorka, poławiaczka pomysłów w mętnej wodzie widowni, oślepła, zachrypnięta i mało co głucha po takim wieczorze.
Było ich jeszcze kilku... różnych i podobnych do siebie...

Udana polska wersja WLIIE... plus kilka gażetów w postaci półkilometrowego węża w przerwie do toalety, karteczek z przeznaczeniem na gumę do żucia dla Liścia oraz szklanki z miodową wodą :)



Burza mózgów... nie odkryte pokłady ludzkiej pomysłowości, gra słów, teatr talentów scenicznych.
Miałam pomysł na swój kabaret :P
typu
Jabłek nie jadam.
Zmądrzałem...
Adam.

albo
Ciało Pinokia leżało na ziemi, a nad nim złowieszczo krążyły dzięcioły...

albo
No właśnie.... nie mam talentu scenarzysty... dlatego spisuję moje kwiatki do niebieskiego zeszytu od wszystkiego :P ( są tam także ilustracje! )
Wracam do mojego niebieskiego copywriter'a najwyżej zostanę freelancerką :)...

Z dzwoniącym w brzuchu budzikiem CANALIA + :)

sobota, 30 stycznia 2010

z dzienniczka małego Pitagorasa

Dziś sobie policzyłam... i nie przechodniów rzecz jasna... ale zagłębiłam się w czystą postać matematyki... stare dobre czasy...
a wszystko przez stary zeszyt ze studiów...
Dla uniwersyteckiej dziewczyny prowadzący z polibudy to świat liczb o których nawet nie miała pojęcia... sala wykładowa na pierwszym piętrze, czarna duża przesuwana tablica i białe znaczki; w tym samym tygodniu kupiłam okulary, usiadłam w trzecim rzędzie i ... polubiłam matematykę...
Bo Twój umysł musi najpierw na jakimś punkcie oszaleć by móc się w tym zakochać...
Teraz już przestałam być uniwersytecka :P ale matematykę nadal lubię...

Moja logiczna logiczność wzbogaciła się o dystans, pokorę i cierpliwość...

I niech licealiści zdają matematykę na maturze, a co! Nauczą się liczyć ale przede wszystkim na siebie.

czwartek, 28 stycznia 2010

paradoks 4 rycerzy

Heh... przypomniało mi się coś o czym już zapomniałam... PIWALEBA czyli paradoks 4 Rycerzy

To jedyne słowo, które choć sylabizuję... nie przeniosę do następnego wiersza....
a najgorsze jest, że sylab z czasem przybywa... A było to tak...

Czterech Rycerzy na konie wsiadało,
każdemu ze zbroi coś wystawało
plecaki to były ze szmat pozszywane
a w nich wady ich zapakowane
każdy miał inny wedle pomysłu,
upodobania, wiedzy oraz umysłu
Co w nich było się nie dowiecie
bo to ich skarby, nie wasze przecież
Jechali na bitwę o zamek, królestwo,
wszyscy liczyli na godne zwycięstwo
Droga była długa, męcząca i trudna,
nagrodą księżniczka nie ładna i głupia
ważne że wojna, zdobycz i walka
mówili, nie wiedząc jaka ich czeka porażka
dotarli na miejsce i co wyszło na jaw...
smoki? potwory? skąd, bez obaw
nie było bitwy, ni krwi przelewania
i na cóż była ta podróż nieznana
królewna wybrała, ni konia ni jeźdźca
lecz plecak, to był zwycięzca!
Wrócili pokonani i nie chwałą okryci
nie myśleli, że ich panna tak zawstydzi
tu nie ma morału, ale nauka jedna
każda wada na wojnie - bezwzlędna