... wysiadłam z tramwaju, nie znałam tej ulicy wcześniej, czuję się jakbym pierwszy raz przyjechała do miasta. "Wrócę za godzinę, wstaw ziemniaki na obiad do mojego powrotu" - mówiła do telefonu kobieta przechodząca obok. Skręciłam w prawo, wśród bloków z "płyty" miałam znaleźć stary komunistyczny pawilon. Za nim jeszcze kilka metrów prosto...i drugi taki sam.
Mijam staruszkę w okularach i jej psa, potem małolaty - "Hej, widziałaś szpicfrajerki Boba? Nooo, a miecze u dyry? masakra, aż walnęła karpia jak jej dogadałam..."- nic nie zrozumiałam, idę dalej.
Swoją drogą trzeba by kiedyś spisać te rozmowy uliczne... wyrwane z kontekstu zdania, strzępki rozmów telefonicznych, narzekania Polaków marznących na przystankach lub kolejkowy koncert życzeń...
Znalazłam adres, szukam wejścia. "Przepraszam szukam lokalu 48" - " Tak, to tu, na pierwszym piętrze po prawej" - odpowiedziała kobieta z wielką torbą na zakupy, łudząco podobna do mojej nauczycielki z liceum. Ciemny korytarz nie zachęcał do wejścia, na dodatek ten spalony zapach tuszu wydobywający się z pobliskiego punktu ksero... na drzwiach był napis: "Zaraz wracam" i telefon. Żadnego "przepraszam" ani godziny powrotu. "No pięknie" - pomyślałam - "tłukę się przez całe miasto a tu żadnego szacunku dla mojego straconego czasu, jaki ten budynek taka i mentalność..." - klnę w duchu. Dzwonię. Brak odpowiedzi. Ponawiam połączenia. Nic. Czekałam tak piętnaście minut. "O nie! tak się bawić nie będziemy"- powiedziałam na głos. Wyciągnęłam w pośpiechu mój notes, szukam wolnej kartki. Znalazłam jakieś paragony. "O ten się nada!" - paragon z zakupów na sporą sumę.
Napisałam na odwrocie: BYŁ TU KLIENT. JUŻ NIE WRÓCI. MIŁEGO DNIA.
Przypięłam do tej na drzwiach...A niech ma...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz