niedziela, 31 stycznia 2010

OTOoni

kWIkowałam... :)

LITI był świetny... nahelowany chłopak o stu pomysłach na minutę, chodzący po kauczukowym dywaniku dabza, spowiadający się ostatni raz trzy miesiące temu i znawca paszoznawstwa.
Hania... koordynatorka, poławiaczka pomysłów w mętnej wodzie widowni, oślepła, zachrypnięta i mało co głucha po takim wieczorze.
Było ich jeszcze kilku... różnych i podobnych do siebie...

Udana polska wersja WLIIE... plus kilka gażetów w postaci półkilometrowego węża w przerwie do toalety, karteczek z przeznaczeniem na gumę do żucia dla Liścia oraz szklanki z miodową wodą :)



Burza mózgów... nie odkryte pokłady ludzkiej pomysłowości, gra słów, teatr talentów scenicznych.
Miałam pomysł na swój kabaret :P
typu
Jabłek nie jadam.
Zmądrzałem...
Adam.

albo
Ciało Pinokia leżało na ziemi, a nad nim złowieszczo krążyły dzięcioły...

albo
No właśnie.... nie mam talentu scenarzysty... dlatego spisuję moje kwiatki do niebieskiego zeszytu od wszystkiego :P ( są tam także ilustracje! )
Wracam do mojego niebieskiego copywriter'a najwyżej zostanę freelancerką :)...

Z dzwoniącym w brzuchu budzikiem CANALIA + :)

sobota, 30 stycznia 2010

z dzienniczka małego Pitagorasa

Dziś sobie policzyłam... i nie przechodniów rzecz jasna... ale zagłębiłam się w czystą postać matematyki... stare dobre czasy...
a wszystko przez stary zeszyt ze studiów...
Dla uniwersyteckiej dziewczyny prowadzący z polibudy to świat liczb o których nawet nie miała pojęcia... sala wykładowa na pierwszym piętrze, czarna duża przesuwana tablica i białe znaczki; w tym samym tygodniu kupiłam okulary, usiadłam w trzecim rzędzie i ... polubiłam matematykę...
Bo Twój umysł musi najpierw na jakimś punkcie oszaleć by móc się w tym zakochać...
Teraz już przestałam być uniwersytecka :P ale matematykę nadal lubię...

Moja logiczna logiczność wzbogaciła się o dystans, pokorę i cierpliwość...

I niech licealiści zdają matematykę na maturze, a co! Nauczą się liczyć ale przede wszystkim na siebie.

czwartek, 28 stycznia 2010

paradoks 4 rycerzy

Heh... przypomniało mi się coś o czym już zapomniałam... PIWALEBA czyli paradoks 4 Rycerzy

To jedyne słowo, które choć sylabizuję... nie przeniosę do następnego wiersza....
a najgorsze jest, że sylab z czasem przybywa... A było to tak...

Czterech Rycerzy na konie wsiadało,
każdemu ze zbroi coś wystawało
plecaki to były ze szmat pozszywane
a w nich wady ich zapakowane
każdy miał inny wedle pomysłu,
upodobania, wiedzy oraz umysłu
Co w nich było się nie dowiecie
bo to ich skarby, nie wasze przecież
Jechali na bitwę o zamek, królestwo,
wszyscy liczyli na godne zwycięstwo
Droga była długa, męcząca i trudna,
nagrodą księżniczka nie ładna i głupia
ważne że wojna, zdobycz i walka
mówili, nie wiedząc jaka ich czeka porażka
dotarli na miejsce i co wyszło na jaw...
smoki? potwory? skąd, bez obaw
nie było bitwy, ni krwi przelewania
i na cóż była ta podróż nieznana
królewna wybrała, ni konia ni jeźdźca
lecz plecak, to był zwycięzca!
Wrócili pokonani i nie chwałą okryci
nie myśleli, że ich panna tak zawstydzi
tu nie ma morału, ale nauka jedna
każda wada na wojnie - bezwzlędna




środa, 23 września 2009

modlitwa do jutra

Wiesz, boję się... bój się ze mną... a potem znajdź w sobie odwagę i mi ją daj...

mój wrzesień

Wrzesień potrafi być piękny o ile ma się pustą głowę... moja jest pełna "myśli zamkniętych w szkatułki ze słów" ...
Swoją drogą zawsze mi się myli:
szkatułki - szpatułki
filtrować - flirtować
Taka już ta moja głowa... na wierzchu a zajrzeć do niej nie sposób; jak bombonierka...

fot. Drzwi na ul. Kołłątaja we Wrocławiu

poniedziałek, 11 maja 2009

A nie mówiłam...?

a w oczach moich utoniesz... a dłoni moich nie będziesz chciał puścić... wzroku odrywać,

będziesz mój uśmiech prowokować... grzywkę z czoła odsłaniać,

będziesz szukać pretekstu, pisać i dzwonić by przed snem znowu usłyszeć,

sam siebie nie zrozumiesz... jak w otchłań się rzucisz,

powiesz czego nie mówiłeś, zrobisz czego się wstydziłeś,

sobota, 11 kwietnia 2009

z pamiętnika młodej lekarki...

... od kiedy mieszkam w nowym mieszkaniu... prawie co wieczór słyszę jak jakaś kobieta, z góry, tak mi się wydaje, ma kaszel... Niepokoi mnie to bardzo... kaszel suchy, napadowy a z resztą po co szczegóły...

Odzywa się we mnie powołanie... kiedyś próbowałam podejść klatkę wyżej i zwyczajnie zadzwonić do tego mieszkania, no ale co ja powiem?  "Dzień dobry, mieszkam na dole, jestem studentką medycyny, często słyszę kaszel?"  Bez sensu. Pewnie ja też  nie chciałabym, żeby mnie ktoś tak nachodził.

Nawet nie wiem kto tam mieszka... taki urok wielkomiejskiego sąsiedztwa... może ta kobieta od wielu lat jest chora a ja niepotrzebnie wtykam nos w cudze sprawy...

Przeprowadzę najpierw śledztwo...